środa, 30 kwietnia 2014

95. Wycinamy?

Co jakiś czas przez nasz piękny kraj przelewa się fala idiotyzmu. Na skutek jakichś nagłych, ludzkich tragedii i utraty życia przez kilka, czy kilkanaście osób (ważne jest, żeby te osoby zginęły w jednym czasie i miejscu) robi się medialną histerię i postuluje się niezwłoczne zmiany w prawie, które pasują do tej akurat sytuacji.

Oczywiście po miesiącu czy dwóch wszystko się uspokaja i toczy spokojnie do następnej tragedii.

Jeśli osoby giną w mniejszych ilościach, to nie ma większego problemu. Kogo w końcu obchodzi, że ostatniej zimy zamarzło ileś tam osób? (Od 27.01 do 5.02 tego roku, więc przez 10 dni było to 53 osoby - ile wyszło przez całą zimę nie chce mi się szukać). Zwłaszcza teraz, kiedy zaraz początek maja i słoneczko mocno przygrzewa. Media nie podają takich rzeczy, bo nikogo to nie rusza.

Pamiętam doskonale takie wydarzenia jak wybuch gazu w gdańskim wieżowcu, pożar w hali Stoczni Gdańskiej, równie tragiczny pożar w hotelu socjalnym w Kamieniu Pomorskim, gdzie drogi ewakuacyjne były zastawione gratami i w zasadzie w budynku tym nie powinni mieszkać ludzie, powódź tysiąclecia z 1997 roku i całą masę wypadków komunikacyjnych. Kamień Pomorski jest jakoś dziwnie pechowy, bo tu też na początku tego roku pijany kierowca zabił 6 osób.

I co? Szum był? Był! Gaz co jakiś czas wybucha, straż pożarna też ma co robić i dalej buduje się na terenach zalewowych, a wałów się nie naprawia, bo nie ma kasy.

Dużych wypadków mieliśmy zresztą całkiem sporo i w większości przypadków doszło do nich przez błąd człowieka. Owszem, zdarzają się sytuacje, że pęknie w pewnym momencie opona, tak jak to miało miejsce przy katastrofie autobusu w podgdańskich Kokoszkach. Za dwa dni minie dokładnie 20 lat od tego czasu i cieszyć się jedynie można, że wypadek drogowy z większą liczbą ofiar śmiertelnych przez te lata się w Polsce nie wydarzył.

W październiku 2010 roku pod Nowym Miastem nad Pilicą miał miejsce wypadek busa, wiozącego ludzi do zrywania jabłek w sadzie. Zginęło 18 osób, podróżujących w aucie z sześcioma fotelami. Mogę zaryzykować stwierdzenie, że zginęli również dlatego, że byli biedni, choć winę ponosi kierowca.

Nieco ponad dwa tygodnie temu wszystkie media trąbiły o wypadku nastolatków, w wyniku którego siedem osób w wieku od 13 do 17 lat zginęło podczas przejażdżki po zakrapianym ognisku.

We wszystkich tych trzech przypadkach osób w pojazdach było więcej, niż pozwalają na to przepisy. Ale nie tylko o liczbę osób chodzi.

Wydawało się, że media będą roztrząsać temat, jakim cudem 13-latki po nocnym ognisku, na którym piły alkohol mogą się wozić bryczką z kolegami i gdzie byli rodzice, a tu - nie...

Chlapnął Krzysztof Hołowczyc, a media podchwyciły temat, czując już nosem jakieś kampanie społeczne, na których będzie można zarobić trochę kasy.

Hołowczyc wyraził się był:


"Ile ludzi musi jeszcze zginąć, żebyśmy wreszcie zrozumieli, że drzewa nie mogą rosnąć przy drodze! Rocznie w Polsce w zdarzeniach z drzewami ginie kilkaset osób! Wyobraźcie sobie, jaki to bezmiar tragedii dla ich najbliższych... Tysiące zostaje inwalidami do końca życia... Tylko dlatego, że ktoś bezmyślnie posadził drzewo przy drodze - bo tak robili już nasi dziadowie, w czasach gdy podróżowało się furmankami. Proszę tylko nie pisać, że to nie drzewa wpadają na samochody tylko odwrotnie albo że drzewa upiększają drogę. Nie piszcie też, że pewnie byli pijani, młodzi, głupi. Każdy może popełnić błąd, ale nie może być za to karany śmiercią!".


Zdaję sobie sprawę, że z racji wykonywanego zawodu (uprawianego sportu) pan Krzysztof często opuszcza drogę przy dużej prędkości, choć nie miał takiego zamiaru i agenci ubezpieczeniowi wywieszają karteczkę "zamknięte", kiedy tylko znajdzie się za blisko ich biura. Ale czy wycięcie drzew zastąpi braki w umiejętnościach i zwiększy bezpieczeństwo? Moim zdaniem - nie!

Większość z nas lubi górskie widoki i prawie każdemu zdarzyło się jechać drogą w górach. Te mają to do siebie, że czasem z jednej strony jest stromo. Nawet jeśli nie będzie tam drzew, to niekontrolowany zjazd ma niemal stuprocentowe szanse zakończyć się tragicznie. To co? Zasypać zbocza, czy nie budować dróg w górach? Może pustynia, gdzie nie ma drzew jest bezpieczna? 6 kwietnia, więc nieco ponad 3 tygodnie temu, na rajdzie w ZEA zginął brytyjski motocyklista. Ot, spadł z wydmy.

Jestem oczywiście za tym, aby zajmować się z dużo większym zaangażowaniem usuwaniem zagrażających bezpieczeństwu konarów, wycinaniem drzew będących w skrajni drogi i odsuwaniem drzew od pasa drogowego, sadząc nowe w większej odległości, a jednocześnie wycinając te, które ze względu na wiek trzeba wyciąć. Ale nie róbmy paranoi. To, że gówniarze na wąskiej, wiejskiej drodze jadąc z dużą prędkością wypadli z zakrętu nie oznacza, że najbliższa dopuszczalna odległość drzewa od drogi powinna wynosić 100, czy 200 metrów.

To co? Którą lipową czy kasztanową aleję wycinamy pierwszą? Może tę w moim kochanym Gdańsku, czyli Wielką Aleję, zwaną dziś Aleją Zwycięstwa. Choć drzewa są tam kilka metrów od asfaltu, to są równie niebezpieczne.

Zdjęcie z www.tvn24.pl


piątek, 18 kwietnia 2014

94. Pół godzinki

Każdy z nas odmierza czas. Nie jest istotne, czy zerkamy na zegarek gotując jajka czy ryż, sprawdzamy kilkakrotnie godzinę przed wyjściem do pracy czy szkoły (należy wyjść nie za późno, ale i nie za wcześnie), czy czekamy na listonosza przynoszącego emeryturę. Jesteśmy niewolnikami czasu - i tyle!

Czasem z pewną zadumą myślę o czasach, kiedy czas odmierzało się naturalnym porządkiem rzeczy, związanym z wegetacją roślin i cyklicznym zachowaniem zwierząt. Kiedy coś robiło się na św. Jerzego, św. Marcina, czy też wyznacznikiem działania byli zimni ogrodnicy (Pankracy, Serwacy, Bonifacy) lub zimna Zośka. (z chęcią odsyłam do Wachmistrzowych wpisów na ten temat, ot choćby tu). Noc świętojańska była wydarzeniem w ludowej tradycji równie powszechnym jak Boże Narodzenie - dziś, choć wielu może uznać to za wymysł, część młodzieży nie potrafi odpowiedzieć na pytanie, kiedy to imieniny ma Adam lub Sylwester (sic!). Dzieckiem jeszcze będąc miałem zakaz kąpania się w jeziorze przed św. Janem, bo woda jeszcze zimna i można się przeziębić.

Teraz życie wyznaczane jest autobusem o 7.24, fajrantem, do którego trzeba czasem dotrwać jeszcze kilka minut, wiadomościami o 18.50, 19.00 czy 19.30 (w zależności co kto ogląda) i serialem lub innym programem z serii "tańce i różańce" o określonej godzinie.

Nikt już nie mówi: "będę u ciebie wieczorem", bo rozmówca oczekuje podania konkretnego czasu przybycia, z dokładnością przynajmniej pół godziny.

Przez to nieustanne kontrolowanie czasu od najmłodszych lat - nawet dzieci w powszechniaku muszą zwracać uwagę na kolejność przerw, bo na niektórych nie zdążą nawet zjeść kanapki - wydawać by się mogło, że oszczędzamy kupę czasu. Niestety, oszczędność jest tylko pozorna. Poprzez kontrolowanie czasu, czasem co do minuty, tego wolnego, który można poświęcić na coś przyjemnego wcale nam nie przybywa.


A jednak można oszczędzać czas, tylko że nie sobie - a innym.

Moja własna, prywatna, osobista babcia, będąca już w tak zwanym słusznym wieku, zaordynowane miała codzienne mierzenie ciśnienia przez pielęgniarkę z ośrodka zdrowia. Ta przychodziła codziennie przez dwa tygodnie, dopóki nie nabyłem babci drogą kupna elektronicznego ciśnieniomierza. Nie chodzi mi tu o jakieś chwalenie się tak prozaiczną rzeczą, a o fakt, że szlag mnie trafiał, że za moje pieniądze dziewczyna traci czas biegając po osiedlu, zamiast męczyć pacjentów strzykawką z igłą. :-)

Dotarcie na pieszo z ośrodka zajmuje koło 10 minut, mierzenie ciśnienia to w zasadzie błysk, ale w sumie całość zajmowała koło pół godziny.

Na drugi ogień poszła pani doktor, która raz w miesiącu przychodziła, osłuchała, popukała, rzuciła okiem na wyniki ciśnienia i... wypisywała za każdym razem te same lekarstwa na nadciśnienie. Swoją drogą, jest to lekarka z tak zwanej starej szkoły, która nie jeździ autem i do pacjentów chodzi odziana w lekarską pelerynę. Rzadko widuje się już tak ubranych lekarzy, tak jak łatwiej spotkać księdza w dżinsach i skórzanej kurtce niż w birecie. Tak samo czapki studenckie noszone są tylko przez członków odradzających się powoli korporacji, a nie przez ogół studentów. Ale to na marginesie...

Któregoś razu, kiedy lekarstwa skończyły się wcześniej, niż pani doktor miała okazję przyjść - nie pamiętam, czy był to jakiś miesiąc mający więcej niż 31 dni, czy też owa doktórka była na urlopie ;-) - zmuszony byłem udać się do przychodni po receptę. Grzecznie czekałem w kolejce do gabinetu i miałem okazję posłuchać o czym rozmawiają pacjentki, czekające na swoją wizytę. Pacjentki, bo z facetów był tylko jeden dość młody facet, który uparcie kaszlał.

Nie myślcie sobie, że emerytki pozytywnie zareagowały na prośbę o przepuszczenie go poza kolejnością, bo się człowiek urwał z roboty. Uśmiechałem się słysząc ciche uwagi rzucane między paniami: "Co on tak kaszle?  Jeszcze nas tu wszystkich pozaraża". No tak, do lekarza powinni przychodzić tylko zdrowi...

A kompletnie rozwaliła mnie rozmowa, kiedy panie umawiały się, że jedna drugiej coś przyniesie w środę w przyszłym tygodniu - tu, do przychodni, bo ona będzie chora, w poniedziałek nie może, bo jedzie na ryneczek, a w środy lekarka ma pasujące jej godziny przyjmowania pacjentów. Sprawdziłem nawet, czy nie jest to gabinet dla jasnowidzów, ale nie - stało jak byk: "poradnia ogólna". Też chciałbym wiedzieć wcześniej, że za półtora tygodnia będę miał katar.

Z panią doktor dogadałem się tak, że co miesiąc będę przynosił babciną książeczkę do recepcji i odbierał ją następnego dnia z wypisaną receptą. W razie potrzeby poprosi się o wizytę, ale skoro nic się nie dzieje, to nie ma potrzeby bezproduktywnego biegania. "Bez sensu", to sobie można pobiegać dla zdrowia i dla przyjemności - bez papierów i stetoskopu.

Teoretycznie rzecz ujmując, dodając wszystkie "półgodzinki", zaoszczędziliśmy z babcią jeden dzień pracy lekarza rocznie i kilka dni pracy pielęgniarki. Ale czekając prawie dwie godziny na wypisanie recepty przestałem się dziwić, skąd takie kolejki do lekarzy, na które wszyscy narzekają.

Hmm... Gdzieś cię tu wcisnę z tą randką...                       zdj.:www.mbware.com


piątek, 11 kwietnia 2014

93. Pas szahida i jankesi

Dawno nie pisałem o polityce. W zasadzie, to dawno nie pisałem zbyt wiele - nawet stalówka w jednym z piór, których używałem ostatnio sporadycznie, wzięła i zaschła.

Ci, którzy zajęci są porządkami świątecznymi i ciśnienie mają już i tak podniesione myśleniem o tumanach kurzu za lodówką, niedoczyszczonych fugach w łazience i głowieniem się jak tu ściągnąć ten zakurzony żyrandol, spokojnie mogą sobie czytanie tego posta odpuścić. Co za dużo, to nie zdrowo!

W zasadzie nie oglądam telewizji i nie powiem - całkiem dobrze się z tym czuję. Coś mnie jednak wczoraj podkusiło, żeby na jednym z programów informacyjnych zerknąć na to, cóż ten nasz największy, usiłujący doścignąć Lema fantasta, czyli najwybitniejszy nadposeł Antoni wykoncypował w kwestii smoleńskiego zamachu.

Ja rozumiem, że jak się tworzy tyle literatury, w odcinkach zwanej "Raport smoleński" z odpowiednim numerem, to żeby zainteresować czytelnika, należy wprowadzać coraz to nowe wątki do fabuły. Tym razem facet poszedł po bandzie, bo nie dość, że założył, że czytelnicy lub widzowie nie pamiętają, co było w poprzednim odcinku, to jeszcze chyba przez nieuwagę może narazić się swojemu szefowi, czyli Jarosławowi Polskę Zbaw - pod warunkiem, że ten się zorientuje, że ta wersja nie jest najlepsza.

Dowiedziałem się wczoraj, że w samolocie który (i to się nie zmieniło) wcale nie lądował w Smoleńsku, tylko z wypuszczonym podwoziem latał sobie po okolicy, nastąpił wybuch w prezydenckiej salonce. Jako że w rzeczonym pomieszczeniu były tylko cztery miejsca siedzące i nie było tabliczek: "pasażerowie stojący powinni trzymać się uchwytów" założyć można, że jedynie cztery osoby mogły się tam znajdować w chwili, kiedy samolot przystępował do lądowania - o przepraszam, do zorientowania się we mgle.

Jako że okna, znajdujące się przy trzyosobowej kanapie pozostały całe po katastrofie/zamachu* należy domniemywać, że pas szahida miał na sobie pasażer, siedzący w fotelu naprzeciwko kanapy. Jest to tym bardziej uprawdopodobnione tym, że primo: samolot był sprawdzany pod względem pirotechnicznym, secundo: generał Błasik meldował, że maszyna jest gotowa do lotu i tertio: najwyższych (w sensie stanowiska, nie wzrostu) osób w państwie nie obowiązuje kontrola przed lotem.

Okazało się również, że elementy rozpadającego się samolotu ścięły pionowo część brzozy, która była złamana poziomo kilka dni wcześniej (nad tym, czy sadził ją Putin będąc jeszcze pionierem, wybitni naukowcy komisji jeszcze pracują).

Dziś z kolei zaskoczył mnie Jarosław Polskę Zbaw, który bazując na zainteresowaniu mediów polityką ostatnimi czasy (nie ma żadnej głośnej mamy Madzi) wyskoczył z kolejną propozycją. Otóż chce on odstąpić część polskiego terytorium obcej armii.

Oczywiście nie może być to żadna armia, która na nas wcześniej napadła. Ruskie już u nas były, Niemcy też, Mongolia i Turcja też nie mają szans na założenie u nas swoich warowni. Ale jankesi? Czemu nie!

Dotarłem już do planów i wizualizacji jak ta baza będzie wyglądać - zdjęcie z www.berney-toys.pl


Przecież to nasi najwięksi przyjaciele i traktują nas jak przyjaciół. Wszyscy wiedzą, że zaprasza się do siebie tylko tych, których ma się zaprosić ochotę i do własnej chałupy wpuszcza się tylko wybrane osoby, a nie całą hołotę, co też Amerykańce z powodzeniem realizują, każąc nam zapłacić za to, żebyśmy się dowiedzieli o tym, czy jesteśmy u nich mile widziani, czy też raczej niekoniecznie.

Mają Amerykanie bazy przykładowo w Niemczech i Japonii. No tak, ale w tamtych krajach występowali wcześniej jako zwycięzcy i siły utrzymujące porządek na terytorium wroga.

Wyskoczył ostatnio w polityce Tomasz Adamek, który okazał się być kolegą Zbyszka Ziobry, ex delfina PiS-u. Chłopak z rozbrajającą szczerością powiedział, że kończy karierę pięściarza, a żyć za coś trzeba, więc chętnie do Parlamentu Europejskiego wejdzie. Jako że znać się tam nie trzeba na niczym, to i on nie widzi przeciwskazań do zajmowania tam fotela za niezłą kasę.

Lewicowe media zaatakowały go od razu za przekonania, niezgodne z linią przyjętą przez "wyzwolonych", "tolerancyjnych" i "multikulturalnych" dziennikarzy. Dlaczego wszystkie te określenia są w cudzysłowie wyjaśnię później, bo szkoda mi teraz rozpisywać się w jednym poście.

Ów dżentelmen powiedział to samo, co i zarówno ja, jak i wiele osób myśli. Anna Grodzka, mimo że w dowodzie ma napisane "kobieta", to rzeczywiście jest mężczyzną. Cały czas przychodzi mi na myśl Jej Wysokość z "Seksmisji" i zarzut postawiony "jej" przez Stuhra: "Co ty tu sobie, cycki będziesz doprawiać?!"

Według mnie, jeśli ktoś wytnie sobie przyrodzenie, operacyjnie powiększy biust i będzie codziennie łykał hormony, ba - nawet będzie wyglądał jak Miss Polonia, to jednak kobietą się nie stanie.

To tak samo, jak 80-latka po operacji plastycznej nie będzie kobietą w wieku lat 20-tu, mimo iż zewnętrznie może tak wyglądać i nawet wewnętrznie mieć przekonanie, że jest nastolatką. Nie wiem, może kiedyś będą zmieniać daty urodzenia w dokumentach, bo ktoś się czuje młodziej?

Jak polityka, to polityka, więc dołożę jeszcze Artura Dębskiego, który poleciał do Anglii sprawdzać, jak to nasi obywatele sobie tam radzą bez kasy. Założył, że będzie wydawał nie więcej niż 100 funciaków tygodniowo, czyli jakieś 2200 PLN miesięcznie. No kuźwa - oszczędny! Ja na 3-miesięczną pielgrzymkę do Rzymu wydałem 1800 zł, a na dwumiesięczne camino w Hiszpanii 300 Euro.

Będzie tam kombinował, do żadnej roboty po 8 - 10 godzin dziennie i tak się nie weźmie, a w razie czego ma jeszcze kartę kredytową w kieszeni. Ale może ktoś się złapie na taki lep, że to niby polityk, który interesuje się problemami zwykłych ludzi. Tyle, że według mnie, chcąc zająć się problemami zwykłych ludzi, zamiast przez miesiąc uchylać się od roboty za całkiem niezłe pieniądze, powinien przez 12 godzin dziennie siedzieć w sejmie nad papierami, szukając takich przepisów, które przeszkadzają zwykłym szarym ludziom i starając się je zlikwidować.

W zasadzie posłowie powinni mieć taką samą dewizę jak lekarze, bo ich błędy dotykają zawsze więcej niż jedną osobę i rujnują im życie: "PRIMUM NON NOCERE"


* - oczywiście niepotrzebne skreślić, o tak:

poniedziałek, 31 marca 2014

92. Gaduła

Ta notka jest trochę o mnie. Nie to, żebym był straszną gadułą, ale przynajmniej w internecie zamieszczane przeze mnie komentarze są raczej objętościowo ciut powyżej średniej.

Tak się przyjęło (i ja się z tym zgadzam, choć nie znam żadnych badań na ten temat), że kobiety mówią więcej od mężczyzn. Widzę to zwłaszcza po sposobach używania telefonu. Dla mnie, jak i dla wielu moich znajomych, telefon jest narzędziem do przekazywania informacji na odległość. Mnie z pewnością nie służy do opisywania, kto w co był ubrany, co kto o kim powiedział, czy co było na stole podczas kolacji.

Może jest tak dlatego, że mało który mężczyzna potrafi poprawnie określić kolor żakietu małżonki przyjaciela, który to owa miała na sobie podczas wczorajszej kolacji. Choć każdy mężczyzna jest w stanie określić markę podawanego do kolacji alkoholu, raczej nie uwierzę, że choć jeden na dziesięciu facetów zapamięta, jaki był wzorek dekoracyjny na serwowanym na stole zestawie talerzy i półmisków. A jeśli nawet zapamiętał, to z pewnością nie będzie się tą informacją z nikim dzielił.

Ale nie o różnicach między płciami miała być ta notka. Po pierwsze, trzeba chyba odróżnić gadułę od oratora czy gawędziarza i oderwać pojęcie gadulstwa od plotkowania. Bo przecież plotka to niesprawdzona, wydumana lub całkowicie spreparowana informacja, mająca kogoś zdyskredytować. A przecież są ludzie, którzy dużo mówią, jednocześnie nie plotkując (choć może wydawać się to dziwne).

Sam siebie ująłbym w kategorii oratora, bo zawsze staram się przedstawić w dość jasny sposób swój punkt widzenia i mówiąc czy pisząc mam na celu to, żeby ktoś dobrze zrozumiał przekaz, który chcę przedstawić. Nie jest jednak tak całkiem różowo, bo bardzo często "ześlizguję się" na poziom gawędziarza, wtrącając pewne interesujące z mojego punktu widzenia rzeczy, odbiegające jednak nieco od tematu.

To jest tak jak z pisaniem każdej notki. Zakładam, że ta będzie o gadulstwie. Każdy mówca byłby przygotowany do tego, co chce przedstawić. Musiałby być jakiś wstęp, rozwinięcie, w którym przedstawia własne racje i jakieś zakończenie w formie podsumowania. Większość notek na blogach pisana jest w taki właśnie sposób, nawet wtedy, kiedy ich autorzy nie zdają sobie z tego sprawy. Mnie czasem zdarza się "popłynąć" na boki. Po jakimś czasie orientuję się na przykład, że piszę nie o gadulstwie, tylko o plotkowaniu lub o różnicach między płciami,.

W tym momencie muszę chyba zmienić zdanie o sobie - chyba raczej jestem gawędziarzem, który chciałby (czy aby na pewno?) być na poziomie kulturalnego mówcy. Taki gawędziarz ma zasadniczą przewagę nad kimś, kto mówi lub pisze według jakiegoś schematu. Może pozwolić sobie na całkiem dalekie wycieczki w bok, co nie wpływa zasadniczo na jakość całości, a może być w miarę interesujące dla odbiorcy.

Ot, weźmy sobie zwykłą rozmowę dwóch facetów, którzy rozmawiają o przysłowiowej "dupie Maryni". No, to był chyba niezbyt trafiony przykład, bo ktoś może sobie pomyśleć, że przynajmniej jeden z nich to erotoman - gawędziarz, a wcale nie o to tu chodzi. Załóżmy, że jak to dwaj faceci rozmawiają "o starych karabinach", przyjmijmy nawet, że nie jest to jedynie obiegowe określenie rozmowy bez żadnego konkretnego tematu, ale właśnie temat dyskusji między nimi.

Jeśli jeden z nich ni stąd ni zowąd dorzuci, że jeśli są już przy temacie broni, to pierwszym zapisanym w dziejach Polski przypadkiem użycia artylerii jest zniszczenie za pomocą wystrzelonej kamiennej kuli bramy miejskiej w Pyzdrach w 1383 roku, podczas wojny domowej dwóch rodów, to jest to gawędziarstwo, czy już gadulstwo? Jeśli doda do tego, że od wystrzału z armaty zginął stojący dość pechowo za rzeczoną bramą proboszcz pobliskiej miejscowości, to jest to niepotrzebne paplanie jęzorem? Przecież do karabinów ma się to nijak, bo broni strzeleckiej jeszcze nie było, a już podawanie informacji o tym, kogo brama przygniotła wygląda bardziej na chwalenie się, niż na zwykłą rozmowę.

Tu chciałbym rozgraniczyć zależność chwalenia się od ilości wypowiadanych słów. Nie każdy, kto dużo gada, jednocześnie się przechwala. Nawet, jeśli przytacza sporo danych czy faktów, nie zawsze oznacza to, że chwali się swoją wiedzą i oczekuje poklasku.

Wiem, że mowa jest srebrem, a milczenie złotem. Jednak maksyma ta ma zastosowanie w bardzo ograniczonym zakresie. Milczący nauczyciel nie nauczy dzieci nic wartościowego, a tym bardziej nie nauczy, jak samodzielnie zdobywać wiedzę i do czego jest to potrzebne. Milczący ksiądz może być wspaniałym, uduchowionym pustelnikiem, jednak nie będzie z niego pożytku dla parafian. Z drugiej strony taki, który jest gadułą i jednocześnie ględzi, mówiąc niezbyt zrozumiale lub po prostu za długo, też nie powiększa stadka owieczek, a może nawet tych bardziej wrażliwych zniechęcić do Kościoła.

Bez rozmowy i komunikacji między ludźmi, wykraczającej poza zaspokojenie podstawowych potrzeb nie byłoby wielu wartościowych dzieł. Nie tylko z dziedziny literatury. Bo czyż przykładowo opera, czy symfonia nie jest swojego rodzaju gadulstwem?

zdjęcie z quizol.pl


Czy jestem gadułą? Raczej tak. Ale dobrze się z tym czuję!

środa, 26 marca 2014

91. Kryzys wieku średniego

No kurcze! A czegóż to człek miał się spodziewać?

(wiem, że powinienem napisać "o kurczę!", ale nie jest to wpis o drobiu)

Jak to mawiał mój kolega: "wcześniej, czy później szlachta z człowieka wyłazi". Miał też powiedzenia w stylu: "przyszła kryska na Matyska", ale jako że wygłaszał te kwestie zawsze w stanie wskazującym na dofinansowywanie państwa za pomocą akcyzy (a z tego obowiązku wywiązywał się jak mało kto - tankował codziennie, nawet jak nie jeździł), mało kto zwracał na to uwagę.

"Posuwasz się" - rzekł był mi któregoś dnia, osiągnąwszy stan miłej dla otoczenia melancholii.  W takich momentach bywał do zniesienia, jako że melancholia objawiała się u niego tym, że dawał odpocząć światu od towarzystwa swojej, atrakcyjnej w jego mniemaniu osoby. "Ja?" - zapytałem nieco zdziwiony, choć może bardziej zabrzmiało to jak niemieckie "ja", oznaczające przytaknięcie. Jakoś na początku przyszło mi na myśl, że jest to jakiś durny zarzut o samogwałty, czy inaczej rozumianą masturbację - czegóż się zresztą można spodziewać, gdy dla większości rozmówców "posuw" zdecydowanie nie kojarzy się z tokarką, a raczej z miss mokrego podkoszlka.

W tamtym momencie zaprzeczyłem. No bo jak to? Na zdrowie nie narzekam, ledwie kilka tygodni wcześniej dobiegłem do mety w gdańskiej imprezie z cyklu "Gdańsk biega", pokonuję rocznie per pedes kilka razy więcej kilometrów niż przeciętny człowiek korzystając z własnych odnóży, a tu nagle: "posuwasz się"? Dla mnie brzmiało to jak: "Stary! Ty się sypiesz!"

A później zacząłem myśleć. W zasadzie to przeżyłem już ponad/prawie* dwie trzecie z przewidywanego przez państwo (a raczej przez jego agendę, zwaną ZUS) żywota. Młodszy, sprawniejszy i bardziej atrakcyjny już nie będę. I nie ma się co pocieszać faktem, że o moim wieku pisał nawet nasz wieszcz, uważając go za liczbę magiczną. Wiem, że "Dziady" w szkole to była męczarnia, ale może ktoś jeszcze pamięta słowa: "A imię jego..."

Dwa dni później spotkała mnie tragedia, która rozpoczęła u mnie kryzys wieku średniego. Po prostu ni stąd ni zowąd połamałem się. Było to dla mnie tym bardziej zaskakujące, że mimo iż miałem kilkanaście razy rozbity łeb i inne przyległości, ponacinane rączki i nóżki, że o tak prozaicznych rzeczach jak pozdzierane kolana, łokcie, czy czarne paznokcie (ach, te młotki!) nie wspomnę, to jednak nigdy nie miałem nic złamane.

A tu nagle trach! Złamanie otwarte. I nie - nie myślcie sobie, że złamałem sobie rączkę czy nóżkę. Nikt nie połamał mi żeber, nie miałem też żadnego komunikacyjnego wypadku.Gdybym złamał sobie coś, co nie jest widoczne na co dzień, może bym tak nie rozpaczał. A złamałem sobie...zęba. I to nie byle jakiego. Tylko dwójkę!

Wyglądałem jak facet z dowcipu, który przez nieznajomość języka zafundował sobie "przerwę na papierosa" u angielskiego dentysty.

I wtedy dopadł mnie kryzys wieku średniego. "Może naprawdę się już sypię?" - myślałem sobie. "Teraz to już z górki" - przychodziło mi na myśl. "Pewnie za chwilę zacznę łysieć" - podpowiadała wyobraźnia. (mięśniem piwnym nie przejmuję się od lat, więc kwestie ewentualnej anoreksji mnie nie zaprzątały).

A później kilka nieuchronnych wizyt u dentystki. I słowo "protetyka", zamiast zwykłego, standardowego  "leczenie" na paragonie.

Kryzys przeszedł mi prawie tak szybko, jak mnie dopadł. Moja Pani dentystka zapytała mnie na sam koniec: "No i co panie Robocop? (tu było odniesienie do sztucznych organów w ciele człowieka - znaczy mnie)  Sprawdzamy zęba? Może jakieś orzechy do pogryzienia?"

A mnie przypomniała się Jagienka z "Krzyżaków", która to przysiadłszy potrafiła przygarść orzechów laskowych zadkiem rozłupać (taka jędrna była!). I przypomniał mi się młokos z kokosem, a kiedy wyobraziłem sobie wbijanie zębów w jakieś zdrewniałe skorupy, od razu płynnie przeskoczyłem w wiek starczy ciesząc się, że przynajmniej na razie pamięć jeszcze nie szwankuje i Waligórskiego w wykonaniu Grotowskiego jeszcze pamiętam. Pamięci, humoru, dobroci, otwartości, ani innych cech charakteru dosztukować się nie da. A może wcale nie trzeba? Pamięć może być słabsza, ale reszta raczej się może umocnić, niż złamać.

* - ponad/prawie dotyczy wieku emerytalnego, po osiągnięciu którego oznaką patriotyzmu jest zejście z tego świata, żeby nie narażać ZUS na straty. Na razie jest 67, ale może Jarosław Polskę Zbaw przywróci 65? Stąd moje dylematy.


Dla miłośników dobrej poezji podaję link: https://www.youtube.com/watch?v=Amp82kpUDX0
I w ogóle kto powiedział, że słuchając rymowanych utworów nie można się szczerze pośmiać?


piątek, 13 grudnia 2013

90. Prezerwatywa na niedźwiedziu, czyli wesołych jakichś tam świąt

Zacznę od końca, czyli od świąt. Nie ma osoby, która będąc zdrowa na ciele nie zauważy (bo przemieszcza się jakoś w przestrzeni publicznej robiąc chociażby zakupy), że już niedługo święta. Nawet ci, którzy ze względu na wiek i ograniczenia ruchowe siedzą w domu (jak przykładowo moja własna, prywatna i osobista babcia) z pewnością dowiedzą się z radia czy telewizora, że "idą święta". No i cacy. Tylko jakie to święta?

W tym roku żydowskie święto chanuka przypadło wyjątkowo wcześnie, bo od 27 listopada, zresztą żadne medium, chcące zarabiać pieniądze nie pokusiłoby się o to, żeby w naszym kraju chrześcijańskie i judaistyczne święta  porównywać czy mylić. Ale od czego tak zwana propaganda europejska, realizująca model politycznej poprawności? Większość słyszała o kalendarzu dla uczniów, sfinansowanym przez Unię, w którym nie było Bożego Narodzenia, było za to Diwali, czyli hinduistyczne święto świateł. Nie mam oczywiście nic przeciwko temu, żeby dzieci i młodzież uczyły się również o kulturze i obyczajach innych narodów - ale nie kosztem odstawiania w kąt poczucia własnej tożsamości.

Od ponad dwóch tygodni we wszelakich galeriach handlowych, obiektach użyteczności publicznej (tu coś mi się przypomniało - Jak nazywa się dom publiczny na literę "B"? Nie, nie... to nie to o czym myślicie. To biblioteka.) jak to niektórzy mówią "czuć święta". Zewsząd atakują człowieka Mikołaje i inne reniferki wyskakujące zza poustawianych choinek. Plączą się w sklepach pod nogami jakieś młode Śnieżynki, prowadzące degustację czekolady, wędlin, serów (niepotrzebne skreślić). Tylko o co w tym chodzi?

Od dwóch tygodni z uporem maniaka czekam, aby w jakichkolwiek mediach usłyszeć, że ta świąteczna atmosfera, przygotowania, zakupy czy patroszenie karpia, związane są z Bożym Narodzeniem. Jak dotąd żadne medium za wyjątkiem Radia Maryja (którego słucha własna, osobista...) nawet nie zająknęło się, że w tych świętach nie chodzi o Mikołaje, elfy czy inne gadziny. Jakby ktoś słowa "Boże Narodzenie" wykreślił im ze słownika.

Oj, rozpisałem się, a miało być o czym innym. O prezerwatywach i o niedźwiedziu, czyli o tym, czego uczyć mają się nasze dzieci (Jeśli ktoś nie ma dzieci - nie szkodzi. Wszem wiadomo, że wszystkie dzieci są nasze.).



Martwią się niektórzy "eksperci" od seksualnego kształcenia dzieci, co też z naszych pociech wyrośnie. I grzmią, że bez ćwiczeń w szkole, dzieciaki nie będą wiedziały, jak założyć prezerwatywę. Kurczę, ani ja, ani moi koledzy warsztatów z nakładania prezerwatywy nie mieliśmy i jakoś całe moje pokolenie sobie z tym skomplikowanym urządzeniem radzi. :-)))

Owszem, uważam dzisiejsze pokolenie po wyższych studiach za mniej przygotowane do wykonywania zawodu, niż ich odpowiednicy z poprzedniej generacji (jako ogół - nie jednostki), ale nie uważam, że szkoła ma zastępować rodziców i prowadzić za rączkę. W takim układzie, czemu nie zrobić w szkole zajęć z posługiwania się sztućcami? Zaręczam, że więcej dzieciaków nie miałoby pojęcia jak posługiwać się nożem przy obiedzie, niż pojedyncze przypadki, nie potrafiące założyć prezerwatywy na banana.

Szkodliwe dla dzieci ma być też epatowanie przemocą i niewłaściwy stosunek do zwierząt. Pamiętacie Jagienkę z "Krzyżaków", która pomogła Zbyszkowi ubić niedźwiedzia? Nasze wnuki mogą już tego fragmentu nie przeczytać. Okazuje się, że takie okrucieństwo wobec zwierząt może być niedługo w oświeconej Europie zakazane. To znaczy nie tyle zakazane ma być ubijanie niedźwiedzi z powodu ich sadła, mającego pomagać w gojeniu się ran, bo ze względu na sporą liczbę odnoszonych ran nasi antenaci większość tych miłych stworzeń wytłukli i polowanie na nie jest zabronione, ale zabronione ma być informowanie dzieci, że kotlecik, który właśnie jedzą hasał kiedyś po łące (też bujda, bo bydło tzw. "do uboju", czy inaczej "rzeźne", nigdy łąki nie widziało).

Ekoterroryści rosną w siłę, nawet nasz prezydent na czas sprawowanej kadencji odwiesił myśliwską flintę na kołku w ramach politycznej poprawności. Bał się, że myśliwy może być dla kogoś synonimem mordercy?

Nie jestem pewien co z dzieci nie mających pojęcia, że mięsko nie rośnie na drzewach, znających za to doskonale techniki masturbacji i zakładających prezerwatywę na banana z zamkniętymi oczami wyrośnie. Ale jednego jestem pewien. Krytykowane przeze mnie dzisiejsze pokolenie gimbusów powie kiedyś o swoich dzieciach: "Ale głąby! Za moich czasów..."

poniedziałek, 18 listopada 2013

89. Pewnie pójdę siedzieć...

Bardzo ucieszyła mnie ostatnia amnestia. Naprawdę! Ponad dziesięć tysięcy "bandytów" wyszło jednego dnia na wolność, a ja... poczułem ulgę.

Muszę się też do czegoś przyznać i to całkiem bez bicia. Sam złamałem prawo, choć tym razem udało mi się obejść bez żadnych sankcji. Byłem bowiem u kogoś w innym mieście przez cztery dni, a jak wszystkim wiadomo, do trzech dni miałem czas, żeby się zameldować w urzędzie na pobyt tymczasowy. Proszę mi tu nie mówić, że to prawo jest głupie, bo wszyscy o tym wiedzą i wszyscy je olewają, ale takie prawo jest. Nasi posłowie do dziś nie znaleźli czasu, żeby je zmienić, to znaczy wyrzucić do kosza. Widać mają ważniejsze sprawy na głowie...

Dość, że wypuścili całą hordę niebezpiecznych dla społeczeństwa pijanych rowerzystów. Nie to, żebym pochwalał jeżdżenie jednośladem po pijaku, ale zawsze uważałem, że są znacznie lepsze metody karania takich delikwentów, niż osadzenie ich w pudle. Ot, choćby chłosta i prace społeczne w żarówiastożółtym kombinezonie w centrum własnej miejscowości.

Nie to mnie jednak zszokowało. Bardziej informacja, że facet za kradzież czegoś za 269 złotych został skazany na rok więzienia. Pewnie że głupi! Jakby ukradł z milion, to by dostał sześć do ośmiu miesięcy, a i to pewnie w zawieszeniu, gdyby uszczknął coś z tego na adwokatów. Za dwie dychy mniej - dostałby grzywnę. A tak MY WSZYSCY zapłaciliśmy za jego resocjalizację (tu jest ironia, bo to gówno nie resocjalizacja) koło 30.000 złotych (licząc po 2,5 tysiąca miesięcznie). Zapytałbym jak stereotypowy Żyd, taki jak na moim avatarku: "A gdzie tu Panie jest interes i logika?".

Ale do brzegu. Coś, co mnie cieszy, nie mogło być przecież zrobione bezmyślnie. Nikt przecież nie wpadł na to, że faceta jadącego po piwie z Bździągowa Górnego do Dolnego należy zostawić w spokoju, miast zamykać w pudle i dokarmiać jego krowy (a były takie przypadki). To dla naszych "wybrańców" zbyt abstrakcyjny poziom myślenia, żeby kazać im liczyć jakieś koszty. Zdecydowana większość odetchnęła głęboko, kiedy skończyła pobierać nauki i liczyć musiała już tylko przyrosty środków na koncie.

Chodziło o to, żeby zwolnić miejsca dla homofobów. Ponoć już nie homoseksualizm jest anomalią, ale homofobia. Nie wiem czy arachnofobia i agorafobia też, ale dwa tygodnie mnie nie było, a słyszę, że za homofobię będą wsadzać do pudła. Na pierwszy rzut pójdzie Cejrowski, który publicznie przyznaje, że nie przepada za homoseksualistami. Za nim Kownacki, który raczył był zauważyć, że płonie "pedalska tęcza". Z tym zdaniem się nie zgadzam, bo tęcza była od zawsze, odkąd słońce świeciło nad skroploną wodą, a homoseksualiści jedynie usiłują ją sobie zawłaszczyć. Coś jak Apple, które chciałoby, żeby każdy sadownik płacił im tantiemy za hodowanie na drzewach ich znaku graficznego. Jako trzeci pójdę pewnie ja, bo nikt mnie nie zmusi do zachwytu nad zboczonymi zachowaniami, tak samo jak nie mam zamiaru nazywać pederastów po angielsku.

Fot. malgosia18 z www karkonosze.ws


A swoją drogą to dziwne. Ponad połowę Polaków, którzy nie pieją z zachwytu nad propozycjami nadawania przywilejów parom homoseksualnym trzeba leczyć? Fobie się wszak leczy, nieprawdaż? Czy Kampanię Przeciw Homofobii, będącą właściwie zapleczem propagującym różne zboczenia i zaburzenia seksualne można by uznać za faszystowską? Sami przecież rzucają takimi epitetami na prawo i na lewo. Moim zdaniem tak. Dlaczego? Bo nikt nie ma prawa myśleć inaczej niż oni. Kto myśli inaczej, jest homofobem, oszołomem, katolem, drobnomieszczaninem i kimś godnym pogardy. Mnie te ich gadki nie przeszkadzają, ale za chwilę kupię ciemne okulary, bo jak się tylko krzywo spojrzę na macających się facetów, a ci zmienią prawo, że nie wolno...

Czytałem kiedyś w jednej książce o człowieku, który nie klaskał na przemówieniu jakiegoś dygnitarza z NSDAP. Może nie podobała mu się treść, może zbyt krzykliwie wbijane do głowy hasła, a może po prostu miał kaca. Wylądował w Dachau. Czy polityczna poprawność do czegoś takiego znów nas doprowadzi?

Dalej pedałami się nie zachwycam, ale na wszelki wypadek szczoteczkę do zębów i zmianę bielizny trzymam na wierzchu. Kto wie? Miejsce zrobili...








P.S. " Jedną z przyczyn, dla której aktywni seksualnie homoseksualiści są 18 razy bardziej narażeni na AIDS jest homofobia."

To z Wikipedii z hasła "HOMOFOBIA". Jak nigdy nie przeklinałem na blogu, tak tym razem wyjątek:

O KURWA! Jak nie pokocham ich praktyk seksualnych, to znaczy, że ich zabijam!