![]() |
mural na domu w Sopocie |
Nieco starsi czytelnicy nie będą mieli problemów z zanuceniem kilku taktów "Kwiatów we włosach", piosenek "Biały krzyż", czy "10 w skali Beauforta". Muzykę do tych utworów napisał Krzysztof Klenczon, grający w Czerwonych Gitarach, a później w Trzech Koronach.
Wybuchła ostatnio na moim podwórku afera z nieżyjącym już artystą w roli głównej. Zaistniał prawny spór między Fundacją Sopockie Korzenie, a Alicją Klenczon-Corona - żoną kompozytora i wokalisty.
Fundacja stawia sobie za cel: "Ocalić nasz Rock`n`Roll od zapomnienia. Zebrać wszystkie po nim pamiątki. Otworzyć Muzeum Polskiego Rocka!" (cytat z ich strony internetowej). Organizuje koncerty i wystawy zdjęć, dzięki niej jedna z sopockich ulic otrzymała imię Krzysztofa Klenczona. Jego imieniem został też nazwany jeden z kursujących po Gdańsku tramwajów - tak, mamy w Gdańsku tramwaje nazwane imieniem sławnych gdańszczan i osób z Gdańskiem związanych.
A o co chodzi?
Z dokumentów, które miałem okazję przejrzeć, chodzi o to, że fundacja zorganizowała w kawiarni Starbucks wernisaż fotografii poświęconych Klenczonowi wraz z akcentem muzycznym, gdzie ktoś śpiewał największe przeboje Krzysztofa Klenczona. (TU zaproszenie na imprezę).
Według żony kompozytora wydarzenie to "stanowi deptanie pamięci oraz kupczenie twórczością po moim zmarłym mężu i ojcu moich Mandantek oraz naruszanie dobrego imienia Pana Krzysztofa Klenczona". Również wzywa do "bezzwłocznego naruszania dóbr osobistych (...) w postaci kultu pamięci po Krzysztofie Klenczonie" oraz "bezzwłocznego naruszania twórczości oraz wizerunku Pana Krzysztofa Klenczona".
Kurcze, ja na pismach przedprocesowych się nie znam, mniemam, że mandantki to to samo co córki, w których imieniu występuje mamusia przez adwokata.
Jeśli nie wiadomo o co chodzi, to chodzi o pieniądze.
Na prawach autorskich, zwłaszcza tych przysługujących rodzinie po śmierci twórcy też się dokładnie nie znam. Wiem o 20-letniej ochronie wizerunku. Słyszałem o jakichś perturbacjach ze strony wdów, czy to po Niemenie czy znanych pisarzach. Ale tak zastanawiam się, jak daleko może iść ta ochrona?
Rozumiem, że przez określony czas nie można zarabiać na sprzedaży nie swoich utworów. Ale czy nazwanie ulicy, wystawa zdjęć, niekomercyjne wykonanie utworu, czy inne rzeczy, podchodzące pod "kult pamięci" powinno skutkować gratyfikacją dla rodziny?
Pewnie pani Alicja Klenczon-Corona ma swoje powody, żeby tak reagować. Nie chcę roztrząsać, czy ma rację czy nie. Takie jest prawo, że jak żebrząc na piwo na Długiej w Gdańsku lub Nowym Świecie w Warszawie zagram i zaśpiewam "Historię jednej znajomości", część z kapelusza muszę sypnąć małżonce artysty. A jak nie będę zbierał kasy? Albo jeśli tylko stanę na chodniku z dużym portretem, namalowanym własnoręcznie?
PS. Też walnąłbym sobie taki mural, ale na razie nie mam chałupy, na której mógłbym go umieścić. :-)
Zainteresowanych odsyłam na Fejsa do artykułu opisującego niuanse. Linka do piosenek nie dam - znajdziecie bez problemu.
Ciekawe, jak to powinno działać Waszym zdaniem?